sentymentalna

Bywam sceptycznym, pozornie nieromantycznym (po)tworem czasów, które nie tolerują bezkarnego rozczulania się nad własnym jestestwem
Twardy pancerz to niezastąpiony oręż w walce z tymi, którzy wycierają sobie ręce naszą dobrodusznością, a naszą uczciwością polerują czubki butów.
Nie chodzi o przywdziewanie masek, z jakichś niskich pobudek.
Nie jestem mistrzem mimikry. Nie udaję kogoś kim nie jestem.
Czasem zwyczajnie wygodniej mi jest skryć część mojego JA, za fasadą beznamiętnej powagi.

Prawda jednak jest taka, że tkwi we mnie dusza sentymentalna, tęskniąca, szukająca wciąż - w zaciszu własnej głowy - talizmanów, znaków, odprysków dzieciństwa, chwil dających poczucie bezpieczeństwa, zapachów niosących ukojenie. dźwięków przywracających stan homeostazy.

Czasem odnajduję w sobie wspomnienie, w którym chciałabym się zamknąć, zwinąć, bezpiecznie przezimować.
Nieobarczone bólem dzieciństwo, jest najlepiej skomponowaną migawką z życia.
Wracam tam często, karmiąc się zapachami przeszłości, wypełniając nimi rysy na duszy.
Pamiętam, jak pachniała torebka mamy, która zawsze znajdowała w niej irysa, sugusa, landrynkę.
Zapach jej ciepłych dłoni - dłoni matki, dla której dzieci zawsze były i są najważniejsze.
Światło letniego poranka, wypełniające pokój, w którym spędziłam swoje najmłodsze lata.
Zapach ciasta, szczęk zamka zwiastujący powrót najważniejszych na świecie osób.
Dom.

Jestem sumą tych chwil, zapachów, wspomnień, przeżyć, które zostawiły najtrwalszy ślad w mojej pamięci.
Mój wsobny azyl.


Panowie, Panowie



w tą stronę poszła emancypacja
że dzisiaj nawet płci brzydszej nacja
zaczęła domagać się parytetów
i urządziła se Dzień Facetów

prawda, Panowie, jest jednak taka
dla Was codziennie jest dzień chłopaka
obiad podany, ciastko, herbatka
wciąż zaiwania żona (i matka)

tak więc, by uczcić dzień wyczekany
upichćcie obiad, tak dla odmiany
żeby nagroda też Was spotkała
zróbcie nam masaż całego ciała



idealna

szósta rano
budzik.
otwieram szeroko roześmiane oczy, w myślach zacierając ręce na czekające mnie cudowności dnia, który właśnie się rozpoczął.

szósta jeden
czmycham cichuteńko, niczym rącza łania, do łazienki, aby tylko nie pobudzić mojej słodko śpiącej, familii.

szósta dwie
nie roztkliwiam się nad poranną toaletą
krótki, orzeźwiający prysznic, zęby, włosy, ubranie
z lustra uśmiecha się do mnie szczęśliwa, nieskazitelna twarz.
- Dzień dobry - mówię. - To będzie idealny dzień.
idealnie...

szósta dziewięć i pół
gotowa do działania.
skrócona czytanka z aforyzmów Paulo Coehlo i cuda czas zacząć.
nie ma nic przyjemniejszego od przygotowania ukochanemu i owocom naszej miłości, królewskiej śniadaniowej uczty
sok ze świeżych owoców, bułeczki wyciągnięte prosto z pieca. (pssst... wspaniale wyrosły przez noc, hihi)
moja kuchnia - amber room
łączę molekuły smaków, aromatów i tekstur
mielę świeżą kawę, której idealny zapach rozchodzi się po całym domu, rozkosznie i nienachalnie budząc domowników
jeeszcze tylko zdjątko INSTAnt
perfetto.

szósta trzynaście i trzydzieści dziewięć sekund
szybkie sprzątanie, wszystko lśni.
ukochany kupił ostatnio najwspanialsze rękawice do prac kuchennych. 
idealnie dopasowane do moich dłoni.,,ach... być ich ambasadorką... marzenie.

rozkoszne chwile idealnego poranka łechcą mój perfekcyjny perfekcjonizm
idealnie 
idealnie
ide...
.........

szósta rano
budzik.
drzemka...
buzzer
snooze
budzik
drzemka
                  szósta trzydzieści
...
                  za jakie grzechy...



matka w spoczynku



ja-matka - oaza spokoju
ZEN przy mnie to Zenon B. z Woli
nic nie jest w stanie mnie ruszyć
jak mnie coś boli -  nie boli!

nie wkurzysz, nie wzburzysz,
cold blood
rozwalisz, nakruszysz
fuck that

nic, kompletnie, NIC nie zrobię
resweratrol dam wątrobie
choć spojrzę,
nie dojrzę....








z pytań retorycznych matczyny monodram



Bywa, że w lustrze widząc wykrzywioną grymasem twarz, myślę sobie:
"Po cholerę tak zrzędzisz, smendzisz, psioczysz? 
Co Ci z tego przyjdzie? 
Nic, poza tym, że jeszcze kilka lat, może nawet miesięcy, a będziesz musiała wydać fortunę na szprycowanie  kwasem, skoro ulewa Ci się on litrami, tworząc ponure żleby na fasadzie.

Cóż z tego samoganienia zostaje, gdy w uszach dzwonią nieznośnie pytania odpowiedzi się nie upominające, bo wiadomo, matki materia - monodram.
I ciągle, i ciągle rolę swą powtarzam, bo mówią, że trening czyni mistrza, a matka musi być mistrzem w dziedzinach mieszczących się między ściegiem krytym ręcznym a ingrediencją stolca.
I wciąż, i wciąż rzucam na lewo, prawo:

czy w tym domu będzie kiedyś porządek?
czy możemy już wyjść?
czy nawet siedząc na tronie, nie mogę mieć chwili spokoju?
któraś wie może, do czego służy mózg?
po co mi ten papier, wyglądam jak śmietnik?
czy rozumiesz znaczenie słowa "już"?
pójdziecie wreszcie spać?
czy możesz się nie drzeć jak stare gacie?
kto dziś zmywa?
czy ktoś może mi powiedzieć, co tu się stało?
czy aby to nie pora na moją lobotomię?
...

Nie oczekując reakcji publiki, bo odpowiedzi zaśmiecają cerebrum, mój główny narząd OUN, układam co dzień na nowo litanię, która kończy się zawsze trzema kropkami. 
Mój monodram udoskonalam, szlifuję, odejmując czasem  kwestie, które niczym mokry spandex przylgnęły już do ciała - niemalże stanowiąc jedność.
Z biegiem lat coś traci ważność, coś się rodzi - cykl.
Lista, jak pukle Wodeckiego, wciąż długość trzyma stalą, jedynie treść z niej wypływająca zmienia koloryt i woń.
Czy, czy i czy
Po co, dlaczego, kiedy...
Kurtyna nie chce opaść...

noszę w sobie ból



Jestem człowiekiem;
żadne epokowe odkrycie, a jednak - biorąc pod uwagę istotę człowieczeństwa - napawa dumą,
ale - ponad wszystko - obciąża.
Obciąża mnie.
Czy każdego?
...
Noszę w sobie ból,
nie ćmiący, nie tępy, nie wynikający z niedomagań ustroju.
Rozlewa się od skroni, nasycając kanaliki łzowe,
przez krtań, wywołując dławiący spazm
aż do żołądka, wypełniając go plątaniną kłujących skurczy.
...

Codziennie patrzę na Nie, jak rosną, ewoluują, gromadzą doświadczenia, odnajdują radość w banałach.
Mogą.
Mają do tego wszelkie warunki, wsparcie, naszą - w Nie - wiarę.
Moje frustracje i wewnętrzne konflikty zawsze przegrywają w starciu z dumą, z tego co mam.
Mam niezachwianą wiarę w nasze szczęśliwe życie.
Nie rozumiem bezpodstawnego pesymizmu, czarnowidztwa, paranoicznej wiary w niepowodzenie

Bywają jednak dni, kiedy odczuwam ból, penetrujący najgłębsze rejony mojej duszy.
Ból świadomości współistnienia mojego szczęścia z czyimś dramatem, mojego spokoju  z czyjąś walką o istnienie.
Nie potrafię zepchnąć na margines myśli o czyjejś udręce.
Nie potrafię i nie chcę, choć wywołują one u mnie poczucie winy z powodu własnej niewystarczającości.

Możesz powiedzieć, że świata nie zbawię i masz rację.
Może to co napiszę to truizm, ale czy w dzisiejszym świecie cokolwiek jest oczywiste?

Warto żyć swoim życiem, uwzględniając przy tym innych, zauważając istnienie tych słabych, tych bez sił do samodzielnej walki, tych odartych z godności, pozbawionych nadziei, bezbronnych, złamanych, skrzywdzonych przez innych, siebie, życie.


śpiąca matkewna

gdzieś między powiekami
ciężar zawisł nieznośny
ściągając symultanicznie,
obydwie oczu kotary

jeśli więc spojrzysz na matkę
choćby na nogach stała
oczu dojrzeć nie zdołasz,
jedynie smętne dwie szpary

szybka refleksja wskazana
oddal się bardzo powoli
zbierając z okolic obiekty
przez ciebie rozaplikowane

cóż, jeśli tego nie zrobisz
zanim TA łypnie szparami
niepewna jest twoja przyszłość
masz, sin eufemismos, przesrane